Z książką na bakier

Czytamy mało. To wiemy. Wiemy, bo przypominają nam o tym media. Często w telewizji czy też w radiu słyszymy liczby potwierdzające ten niezbyt pochlebny stan. Narzekają właściciele księgarń,  bo mają zbyt małe obroty. Narzekają wydawcy, bo rynek jest bardzo nierówny, a najwięksi potentaci na rynku książek dyktują takie warunki, stosują takie rabaty, że mniejsi nie wytrzymują konkurencji. Małe księgarnie bankrutują.
W 2013 roku mieliśmy około 2500 księgarń. W 2014 pozostało już tylko 1800. Wydaje się, że bez konkretnych uregulowań systemowych degradacja tego rynku będzie postępowała. Odbija się to przede wszystkim na autorach. To oczywiste. Nie ma punktów sprzedaży, to nie ma gdzie towaru sprzedać.
W Polsce na jedną księgarnię przypada  22 tysiące ludzi. W Czechach  18 tysięcy. Na statystyczny dom w Polsce przypada 15 książek. W Anglii 150.
Są jednak i pozytywne, albo optymistycznie brzmiące dane. Aż 74 procent Polaków uważa, że czas przeznaczony na czytanie książki jest zajęciem wartym poświęcenia tego czasu. 30 procent rodaków czyta książki swoim maluchom. To najbardziej wartościowa informacja. Oznacza ona, że niemal w co trzeciej rodzinie dorośli rozumieją, że dzieciom trzeba czytać, by je przyzwyczajać do książki, by je od najmłodszych lat uczyć, że książka to coś, co powinno człowiekowi towarzyszyć przez całe życie.
Martwi na pewno dystans z jakim do książek podchodzi młodzież. Badania pokazują, że generalnie nie chce ona czytać książek. Bywa, że wśród młodych ludzi są i tacy którzy w ciągu roku czytają zaledwie trzy wydrukowane strony.
Niechaj każdy spojrzy na siebie i się zastanowi czy przypadkiem nie przynależy do tej wstydliwej grupy

Kłopot z sondażami

Niemal każdego dnia media podają wyniki kolejnych badań opinii społecznej, dotyczących popularności polityków, preferencji wyborczych w stosunku do partii politycznych, czy najczęściej teraz sporządzane o tym, który z kandydatów na prezydenta wygra i kiedy. Pracownie robią badania i podają wyniki, a media i politycy interpretują.
Kilkanaście dni temu  CBOS  podał, że Platforma Obywatelska w ciągu miesiąca powiększyła przewagę nad PiS do 19 procent (PO – 46, PiS – 27)  i że jest o krok od samodzielnych  rządów. Niewiele godzin później wyniki swoich badań  podało TNS. Tu okazało się, że PO prowadzi, ale tylko dwoma punktami procentowymi.
Należy przypuszczać, że obie pracownie stosują podobne metody oparte na podobnej liczbie przepytanych osób. Sądzę bowiem, że obie chcą uzyskać najbardziej rzeczywisty obraz preferencji czy sympatii politycznych społeczeństwa. Słuszne więc musi być założenie, że obie pracownie stosują najnowsze metody i najnowsze, sprawdzone w świecie sposoby badania. Wyniki więc powinny być zbliżone. A one różnią się i to w sposób istotny. Gdzieś między ich  interpretacjami, ocenami  – dodajmy dowolnymi, emocjonalnymi, stronniczymi , krzykliwymi – polityków  i dziennikarzy, pojawiają się próby socjologów, by wytłumaczyć źródła takich różnic i ich istotę. Ale te wyjaśnienia giną w emocjach, lub też nasze przekonania polityczne już są tak zdecydowane i jednoznaczne, że żadne wyjaśnienia nie są w stanie zmienić dokonanych już wyborów.
Przybywa zatem z każdym dniem tych, którzy powiadają, że sondażom nie należy wierzyć. Żeby jeszcze politycy i dziennikarze przestali się tymi wynikami emocjonować! Przecież każda próba oceny to nie rozmowa o rzeczywistości, lecz okazja, by przy użyciu ogłoszonych wyników przekonać nieprzekonanych, że to my i tylko my mamy rację. Na szczęście nie wszyscy dajemy się na to nabrać.

AFERA CZY SKANDAL Z SENATOREM RP W TLE?

 

Podczas jednego z ostatnich posiedzeń senatu RP w ubiegłym roku w grudniu z uwagą wsłuchiwałem się w zaprezentowany nam, senatorom raport Komisji Nadzoru Finansowego na temat działalności i funkcjonowania wszystkiego co wiąże się ze Spółdzielczymi Kasami Oszczędnościowo Kredytowymi SKOK. Wiele podanych wówczas faktów korespondowało z bardziej lub mniej oficjalnymi , fragmentarycznie pojawiającymi się w obiegu publicznym, opiniami. Tym razem jednak informacje skondensowane, przeanalizowane i przekazane przez prezesa KNF robiły wrażenie. Kilka dni później sięgnąłem do notatek i napisałem tekst, którego nigdzie nie opublikowałem. Dzisiaj sprawa wraca na pierwsze strony gazet. Zdecydowałem się więc ten tekst upublicznić jako głos w rozpoczynającej się dyskusji. Sprawa jest więcej niż poważna.

SZANSA DLA LEVADY – KONIEC NIEPEWNOŚCI?

Niedawno w tym miejscu opisałem – wydawało mi się- bardzo dramatyczną sytuację w LKJ LEVADA w Zakrzowie. Jedyny w naszym województwie Ośrodek Przygotowań Olimpijskich , rok temu okrzyknięty jako niemal cudo sportów jeździeckich , znalazł się w ślepym zaułku. Groziła mu likwidacja. Właściciel obiektów w których ośrodek się mieści, czyli gmina Polska Cerekiew postawiła takie warunki dzierżawy i współ gospodarowania na nowoczesnych obiektach , że jedynym możliwym wyjściem dla klubu było zerwanie wszelkich obowiązujących umów i zawieszenie, likwidacja lub przeniesienie – mających już swoją, niemal legendę, działań w inne miejsce. Zresztą takie propozycje prezes klubu i jego sztandarowa postać Andrzej Sałacki już zaczął otrzymywać i rozważać. Z powodu niepewności i konfliktu z gospodarzami gminy część zaplanowanych na pierwsze miesiące tego roku imprez już odwołano. Kolejne planowano odwołać.
Sytuacja jawiła się z każdym kolejnym dniem coraz bardziej dramatyczna.

Kontrola, której nie było.

W piątek minionego tygodnia poinformował mnie szef mojego biura senatorskiego w Kędzierzynie – Koźlu., że przedstawiciele NSZZ Solidarność z zarządu regionu zamierzają telefonicznie ustalić spotkanie ze mną. Chcieli bym ich przyjął w biurze w Kędzierzynie lub w biurze w Praszce. Asystent wyjaśnił, że jako senator prowadzę dwa biura : jedno w Kędzierzynie – Koźlu a drugie w Oleśnie. W obydwu, w podanych terminach dyżury pełnią pracownicy. Jeżeli zachodzi potrzeba a dysponuję akurat wolnym czasem, to w czasie dyżuru bywam osobiście.
Przyjmuję również interesantów w siedzibie redakcji tygodnika Kulisy Powiatu Kluczbork – Olesno w Praszce przy ul. Senatorskiej. Nie jest to jednak moje oficjalne biuro senatorskie które opłacam pieniędzmi z senatu . Ostatecznie uzgodniliśmy, że będę ich oczekiwał w biurze w Oleśnie. Propozycje przyjęli. Mieli się zjawić o godz. 9.00. Według zapowiedzi, chcieli poznać moje poglądy i stanowisko w zasadniczych kwestiach związanych z bieżącą polityką.
Czekałem. Nikt się nie zjawił.

Człowiek instytucja

„Popatrz, dla tutejszych Niemców jestem zbyt polski, z kolei Polacy mają mnie za zatwardziałego Niemca – tak już zapewne pozostanie” – przypominał mi o tym wielokrotnie podczas kolejnych rozmów u Niego w domu, w  Psurowie. Uważał, że tak właśnie jest odbierany. Nie miał do nikogo o to pretensji. Przyjmowałem to raczej jako próbę tłumaczenia niektórych używanych przez Niego w kolejnych artykułach – przygotowywanych specjalnie dla naszego tygodnika – sformułowań, ocen i analiz. Było to kłopotliwe. Pisał ręcznie i należało to przepisywać.
Robiliśmy to chętnie. Cieszył się z każdego opublikowanego tekstu. Wiadomo także, że prowadził dziennik –  kronikę wsi i gminy. „Dzisiaj znowu napisałem kilka zdań o Tobie” –  wspominał podczas przypadkowych spotkań, albo wręcz dzwonił z taką informacją.
Wiedział, że temat stosunków narodowościowych na naszym terenie jest niezwykle ważnym i dlatego trzeba o nim mówić, dyskutować.
Ktoś mi opowiadał, że po wyborach, w których uzyskałem mandat senatora RP miał powiedzieć:” Dobrze, że Świeykowski uzyskał mandat. Sam bym na niego głosował. Jednak jestem Niemcem i lojalność nakazała mi oddać głos na naszego, Mniejszości Niemieckiej, kandydata.
Bernhard Kuss – dzisiaj już świętej pamięci – to człowiek instytucja, nie tylko dla swojej wsi, dla gminy Radłów czy dla powiatu oleskiego, w którego władzach zasiadał jako radny, ale przede wszystkim człowiek instytucja dla całego Towarzystwa Społeczno – Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim.
Bernhard Kuss był posłem na sejm PRL od 1972 do 1983 roku z ramienia ZSL.  Był także wójtem gminy Radłów. Był jednak przede wszystkim orędownikiem zgody i porozumienia między ludźmi. Między Niemcami i Polakami.
Same słowa przypominające nam dzisiaj postać świętej pamięci Bernharda z Psurowa nie są w stanie opisać wartości, jakie mieszkańcy powiatu, regionu wraz z tą śmiercią, tracą.  Bernhardzie – spoczywaj w spokoju.

Konflikt w ratuszu?

14 lutego w Warszawie prezydenci niemal trzydziestu miast w obecności prezydenta RP Bronisława Komorowskiego zadeklarowali swoje poparcie i współpracę w kolejnej kadencji ustępującemu prezydentowi. Opowiedzieli się zatem za kontynuacją obecnej prezydentury. Na szczególną uwagę zasługuje obecność na tej uroczystości i podpis pod deklaracją prezydenta Opola Arkadiusza Wiśniewskiego.
Jako senator tego województwa i osoba zainteresowana spokojem politycznym w regionie cieszę się z obecności prezydenta Wiśniewskiego w tym szacownym gronie. Rzeczywistą radość przyćmiewa jednak świadomość zachowań i codzienna działalność prezydenta jak i jego najbliższego otoczenia. Tajemnicą opolskiej ulicy staje się fakt, że olbrzymi wpływ na bieżącą politykę ratusza wywierają politycy reprezentujący partie wrogie prezydentowi RP. Przedstawiciele tych partii piastujący odpowiedzialne funkcje w ratuszu z nominacji właśnie prezydenta Wiśniewskiego przynależą do partii, których kandydaci na prezydenta i aktyw potępiają działalność, politykę i zachowania prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Obserwując zachowania działaczy tych partii opozycyjnych decydujących dzisiaj o pracy ratusza w Opolu mam wrażenie, że podejmują takie inicjatywy, które mają uświadomić mieszkańcom miasta i województwa, że władze Opola odcinają się od kandydatury Komorowskiego na kolejną kadencj , a przyszłość swoją i miasta wiążą z prezydenturą Dudy.
Ciekawe zatem jak dzisiaj obaj panowie – prezydent i wiceprezydent – ze sobą rozmawiają. Takich dwóch linii politycznych, a co za tym idzie i gospodarczych , nie da się pogodzić. Konflikt jest wpisany w taki scenariusz. Chyba, że prezydent swoim podpisem poparcia dla Komorowskiego chce zyskać poparcie elektoratu PO, a na co dzień będzie działał wedle wskazań opozycji. Dziwna to figura. Można ją nazwać jednym słowem: oszustwo!